fbpx

Czy trzeba mieć jakiś problem, żeby pójść na terapię?

Istnieją różne odpowiedzi na tytułowe pytanie i w zasadzie każda jest prawdziwa. Zależy to od tego, jak zdefiniujemy słowo “problem” i jaki sposób myślenia o problemach wybierzemy. Chciałbym w tym artykule jedną z takich strategii zaproponować, licząc, że pomoże to zarówno odpowiedzieć na postawione pytanie, jak i spojrzeć na życie z większą wyrozumiałością i życzliwością.
problem
Kamil Torczewski

Kamil Torczewski

Psychoterapeuta humanistyczno-egzystencjalny w Wellbee.

Umów wizytę online

Metodom rozwiązywania problemów – zarówno biznesowych jak i osobistych – poświęciłem niemal całą karierę zawodową. I mam takie doświadczenie, że problemy to temat dla większości osób bardzo drażliwy. Mówienie o nich w sposób otwarty i nazywanie ich po imieniu jest dla wielu osób trudne, albo wręcz niemożliwe.

Ej, masz jakiś problem?

Nawet na pozornie błahe zapytanie: „Co u Ciebie?” jesteśmy nauczeni niemal automatycznie odpowiadać: „Dziękuję, dobrze. A u Ciebie?”. W odpowiedzi słyszymy najczęściej: „A dziękuję, też świetnie”. Ewentualnie pada wymijające: „Stara bieda…”. Te nasze rozmowy to często taka gra pod anglojęzycznym tytułem „I’m fine” (tłumacząc z angielskiego – „mam się dobrze”), gdzie „fine” można rozwinąć jako: Feelings Inside Not Expressed (w swobodnym tłumaczeniu – uczucia wewnątrz, które nie są wyrażane).

Zdecydowanie zbyt wielu ludzi nosi w sobie smutek, złość, czy też różne pragnienia i rozterki, o których nikt nie wie. I wielu z nich wita się każdego dnia, z promiennym uśmiechem odpowiadając: „U mnie wszystko super”.

Gotowość do rozmowy o problemach to zjawisko rzadkie. Jakoś łatwiej nam bronić wizerunku człowieka sukcesu niż ujawniać niedoskonałości, które przecież tak skutecznie maskujemy. Dobrym przykładem są portale społecznościowe, z których wynikać może, że otaczają nas wyłącznie osoby wiodące szczęśliwe, spełnione i pozbawione wszelkich problemów życie u boku idealnego partnera.

Cisza przed burzą

Lata pracy w charakterze konsultanta dla dużych firm nauczyły mnie, że nie ma organizacji, które problemów nie mają. Jest jednak cała masa tych, które albo ich nie widzą, albo nie potrafią o nich głośno rozmawiać. To prawda, że niedostrzeganie problemów lub ich ignorowanie daje chwilowo dobre samopoczucie, ciszę i spokój. Takie podejście prowadzi jednak do nieuniknionej burzy, której następstwa bywają poważne, czasem wręcz fatalne.

Równocześnie, wszystkie te firmy, które osiągają długoterminowy sukces, mają charakterystyczną cechę wspólną: umiejętność systematycznego dostrzegania i rozwiązywania problemów. A te są z nami zawsze, zmieniają tylko swoje miejsca i poziom istotności. Powtórzę raz jeszcze – nie ma na świecie ani jednej firmy, która nie ma problemów. Jest za to cała masa tych, które ich nie dostrzegają. A jak to się ma do przysłowiowego Kowalskiego?

Wszyscy mamy problemy

Te doświadczenia ze świata biznesu są tak samo prawdziwe, kiedy zamiast na firmę patrzymy na człowieka. I tu pokuszę się o taką tezę: każdy z nas ma w danym momencie przynajmniej jeden istotny problem. Dlaczego? Bo gdyby było inaczej, realizowalibyśmy swój potencjał w nieograniczony sposób i pozostawali w stanie nieustającego szczęścia.

Zazwyczaj jednak jest coś, co nas ogranicza, przytrzymuje, zwalnia. I niekoniecznie mowa tu o sytuacji, o której powiemy: „Jest ze mną źle”. To może być stan, w którym powiemy: „Jest dobrze, ale wiem, że może być jeszcze lepiej”. Bo tak właśnie można popatrzeć na problem.

Problem to nieakceptowalna różnica między stanem obecnym a oczekiwanym, która w danym momencie w istotny sposób ogranicza rozwój. Osobiście wierzę, że najlepszą drogą do szczęścia jest właśnie poszukiwanie i rozwiązywanie problemów. Aby to jednak było możliwe, należy najpierw nieco odczarować to straszne słowo. Bo części z nas, od samego jego usłyszenia, włos się jeży na głowie.

Strach ma wielkie oczy

Panuje takie powszechne przekonanie, że problemy to coś złego. W opinii większości – lepiej, aby ich nie było. Czy znasz choć jedną osobę, która życzyłaby sobie więcej problemów? W języku polskim słowo “problem” ma zabarwienie pejoratywne. Problem to coś, co się nam przytrafiło. Coś, czego być nie powinno. Coś, czego chcielibyśmy się jak najszybciej pozbyć.

Problem to też czasem wstyd. Jak tu się przyznać, że nie jest idealnie? Że coś nie działa jak należy? Że się wali, pali, wycieka, trzeszczy czy mentalnie koroduje?

Kiedy zastanawiam się nad tym, dlaczego o problemach się nie rozmawia, do głowy przychodzi mi jedno słowo – strach. I to taki, który może mieć różne oblicza, np.

  • obawa o to, co możemy odkryć,
  • obawa o to, że wówczas trzeba będzie coś z tym zrobić,
  • obawa o to, że wykażemy się niekompetencją,
  • obawa o naszą reputację,
  •  obawa o to „co ludzie powiedzą?”,
  • obawa o to, że problem urośnie, kiedy o nim powiemy,
  • obawa o to, że i tak nic się nie zmieni.

Dopisać pewnie można jeszcze kilka różnych powodów, bo każdy ma inne. Efekt jednak nierzadko jest taki sam – zamiatamy wszystko pod dywan, powtarzając „I’m fine”. I ze strachu przed nieznanym zaczynamy robić krok w tył.

Życie jak wyspa skarbów

Namawiam do przyjęcia alternatywnej optyki, w której każdy zauważony i nazwany problem jest jak wykopany z piasku skarb. Jak ciężka skrzynia z zardzewiałym zamkiem, która kryje w środku coś ciekawego. Warunek jest jeden – trzeba skrzynię wykopać, a potem się do niej dobrać.

Czasem to trudne, pracochłonne, a nawet niebezpieczne (można stracić czas, pieniądze, znajomych). Zazwyczaj kiedy ze skrzynią sobie skutecznie poradzimy, w środku czeka cenne znalezisko. Czasami inne niż się spodziewaliśmy, jednak wciąż atrakcyjne. Każdy problem, z którym decydujemy się mierzyć, daje szansę odkrycia czegoś ciekawego, poznania siebie i swojego świata. Wartość tego odkrycia jest zwykle bezcenna.

Znaczenie problemu jest nadane

Polecam nalać sobie filiżankę herbaty, usiąść z nią w wygodnym fotelu i poszukać w pamięci sytuacji, w których trzeba było zmierzyć się z poważnymi problemami. Czy nie jest tak, że z perspektywy czasu oceniamy te doświadczenia jako ważne, życiowe lekcje?  Czy te trudności, z którymi się zmierzyliśmy, nie okazały się potem źródłem siły i sukcesu? Czy to nie one zasilają nas energią na kolejne lata?

Kiedy rozmawia się z osobami ciężko doświadczonymi przez życie, czasem można usłyszeć o ich wdzięczności. O tym, jak choroba, rozstanie czy zwolnienie z pracy pozytywnie odmieniły ich życie. Brzmi nieprawdopodobnie? Tak. Bo to, co dla nas dobre, nie zawsze jawi się jako oczywiste.

Lubię więc myśleć o swoim życiu jak o wyspie skarbów i uważam, że każdy stąpa po plaży kryjącej niezliczone bogactwa. Trzeba tylko mieć oczy otwarte oraz nieco odwagi, by zacząć kopać.

Od czego zacząć rozwiązywanie problemów?

Proces psychoterapii to nic innego jak opisywane tutaj poszukiwanie skarbów, nierzadko okupione ciężką pracą. Kłopot dla niektórych jest taki, że nie za bardzo wiadomo gdzie ich szukać, gdzie zacząć? W takich sytuacjach, pierwszych kilka sesji poświęca się na rozejrzenie się po „plaży” i sprawdzenie, w którym miejscu coś zaczyna się z piasku wyłaniać. I wtedy dopiero, jeśli są chęci i niezbędna odwaga, podwija się rękawy i zaczyna eksplorację.

Życzę sobie i każdemu człowiekowi optymizmu w mierzeniu się z potworami stagnacji. Bo kiedy podwijamy rękawy i bierzemy się za swoje problemy, coś się zazwyczaj wydarza. I cokolwiek to jest – przeważnie coś wygrywamy. Zarówno sukces jak i niepowodzenie są wówczas dużym krokiem do przodu. Tylko bezruch cofa nas w tył.

Literatura:

Frederickson Jon, „Kłamstwa, którymi żyjemy. Jak zmierzyć się z prawdą, zaakceptować siebie i zmienić swoje życie”. Carl R. Rogers, „O stawaniu się osobą”.

Sprawdź, o czym ostatnio pisaliśmy: